wtorek, 9 lutego 2016

Uwaga! Słowotok.

Chyba muszę wybrać się do jakiegoś psychiatry/psychologa. Czuję się roztrojona a nawet "rozczworzona". Mam 21 lat i moi rodzice się rozwodzą. Minął rok, a ja dalej nie mogę pogodzić się z obecną sytuacją. Wszystko wydaje mi się nowe i nie na miejscu. Mam wrażenie, że stałam się jeszcze bardziej popierdolona i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to nie dzieje się przez mojego ojca alkoholika tylko dodatkowo i przez moją matkę. Ostatnio nie poznaję tej kobiety, odnoszę wrażenie, że coraz mniej ją znam. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, jak bardzo ona lubi robić z siebie ofiarę. Rozumiem, jest naprawdę ciężko z kasą, ma nóż na gardle wręcz, ojciec nie chce płacić, ja szukam pracy, ale jest to szukanie jak igły w stogu siana. Milion CV rozesłanych i cisza. I zawsze wychodzi na to, że my z siostrą jej nie rozumiemy, że ona ma "prawo do robienia różnych rzeczy" bo jest dorosła, że jej nie szanujemy i traktujemy jak koleżankę. Tylko, że ona nie pamięta jak ją wspierałyśmy, jak ją wysłuchiwałam, gdy opowiadała rzeczy, które dzieci nie powinny wiedzieć o ojcu, dotyczące sfery intymnej, seksualnej. A to, że siedzi cały czas przyklejona do telefonu, pisze z jakimiś facetami, ma na nas wyjebane, nie rozmawia prawie z nami i dziwi się, że my widzimy w tym problem, skoro ona uważa, że to w porządku. Dobra mam te 21 lat, ale jeszcze jej potrzebuję, a moja 17-letnia siostra jeszcze bardziej. Dodatkowo, że na ojca nie możemy liczyć.
Tyle chciałabym jej wykrzyczeć, powiedzieć, ale nie mogę się na to zebrać. Nieraz już próbowałam. Ojciec wie jakie mam zdanie na jego temat, czy się zmienił? Nie. Więc nie widzę sensu by robić to samo z matką, która i tak się nie zmieni. Patrząc na moją mamę sprzed kilku lat nigdy bym nie pomyślała, że razem z siostrą staniemy się typowymi dziećmi  rozwodników. Gdzie rodzice mają w poważaniu to jak się czują ich dzieci, tylko żeby się uporać z własnymi "problemami". Może jestem zbyt ostra, za bardzo się przejmuję, powinnam mieć to w dupie. Nie umiem tak.
I jak tu nie kochać naszych rodziców?

19 komentarzy:

  1. Nie ważne, czy się ma 21 lat czy 60, matka zawsze jest potrzebna. W końcu to matka. Może wizyta u psychologa to wcale nie taki zły pomysł? Z doświadczenia wiem, że potrafi on dać wiele dobrych rad. Wskazówek, jaką postawę przyjąć w danej sytuacji. Skoro sami sobie z czymś nie radzimy, to powinniśmy szukać pomocy u innych. A psycholog po to właśnie jest. Trzymam za Ciebie kciuki.

    PS: dziękuję za dobre słowo :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wydawać by się mogło, że dorosłych dzieci to nie dotyczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każdemu "dorosłemu" wokół mnie tak się wydaje.

      Usuń
    2. Jak sobie tak o tym pomyślę, to mi byłoby to w sumie wszystko jedno. Pod warunkiem, że byłoby ugodowo. To ich życie, ja mam swoje. Nie chcę, aby za bardzo mieszali się w moje i vice versa :)

      Usuń
  3. Rodzicom często błędnie się wydaje, że dorosłe dzieci ich nie potrzebują, ale to nigdy nie jest prawda. Tak sobie teraz myślę, że ten okres wchodzenia w dorosłość jest na tyle trudny, że właśnie w tym momencie potrzebujemy ich obecności najbardziej. I wzorców...
    Zgadzam się z kataferią co do psychologa. Tylko zaczerpnij opinii zanim do niego pójdziesz, bo zły psycholog potrafi jeszcze bardziej "popsuć" sytuację...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuję, że jeżeli chodzi o wzorce to miałam odkąd pamiętam nieciekawe.

      Usuń
  4. Dziękuję Ci za wizytę!
    Wiesz, myślę, że w tym trudnym okresie warto porozmawiać z psychologiem, nawet jednorazowo - nie ważne ile mamy lat, tego typu rzeczy wywierają na ludziach ogromne piętno. Zawsze też możesz napisać do mnie, ja lubię słuchać ludzi, podobno jestem dobrym "obcym słuchaczem". Ściskam Cię ciepło

    OdpowiedzUsuń
  5. A próbowałaś napisać list? Może starodawna metoda, ale Tobie pozwoli pozbyć się tych wszystkich kotłujących się myśli i emocji, a mama może coś zrozumie...
    Mam nadzieję, że jakoś to wszystko się u Was ułoży.

    OdpowiedzUsuń
  6. Można kochać rodziców... Ale gdy sami stajemy się dorośli trzeba jak najszybciej się wynieść i żyć samemu, wtedy dużo łatwiej jest pozwolić im robić co chcą. Trzeba odciąć pępowinę zanim ona nas udusi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, tylko zawsze jest to głupie myślenie "przecież ona się załamie jak się wyprowadzę". I tak przecież już 3 rok mieszkam w akademiku, a teraz mam 1,5 msc przerwy od zajęć i nie daj Boże coś wspomnę, że i tak będę musiała się wyprowadzić, czy jutro czy za 3 lata.

      Usuń
    2. Ale to toksyczne dla Ciebie, ona jest dorosła a oni nie mogą myśleć, że urodziły nas to teraz my będziemy siedzieć... Ja swojej Mamie pomogłam, przeszłam z nią trudny okres i się wyprowadziła. Płakała długo choć starała się mi tego nie okazywać ale wiem, że daje sobie radę. W końcu jest DOROSŁA :) tak jak i ja i też muszę mieć swoje życie. Taka kolej rzeczy.

      Usuń
    3. Problemem jestem chyba też ja sama, bo nie wiem czy na to jestem gotowa. A z drugiej strony i tak kiedyś będę musiała.

      Usuń
    4. To prawda, ale im lepiej tym szybciej :) Poza tym... To chyba normalne, żę są pewne wątpliwości.

      Usuń
    5. wiem, że to normalne, ale moje własne reakcje jeszcze mnie blokują.

      Usuń
    6. To życzę Ci przełamania tych reakcji :) Choć wiem, że to nie łatwe. Sama walczyłam i stwierdziłam, że jak za impulsem nie pójdę to w pewnym momencie zgniję...

      Usuń
  7. Rozwód zawsze wiąże się z bólem. Z bólem dzieci. Bez względu na to ile mają lat. Moi rodzice rozwiedli się jak miałam, hm, 18 lat. Też to przeżyłam. Potrzebowałam wtedy jeszcze rodziny, rodziców. Ale u mnie było najtrudniejsze to w tym wszystkim, że to moja mama się wyprowadziła. Do innego faceta. I można się domyślić jak ciężko mi było się z tym wszystkim pogodzić, mając tylko te naście lat. Dlatego doskonale Cię rozumiem. I tą złość Twoją, to, że potrzebujesz uwagi, a jej nie dostajesz. Znam to. Ja też czuję jakiś taki żal, że moi rodzice zajęli się sobą, swoimi problemami, a mnie z tym bólem po rozwodzie zostawili. I byłam z tym całkiem sama.

    Ale powiem Ci, że z czasem ból będzie się zmniejszał, aż w końcu będziesz w stanie pogodzić się z tą sytuacją. Bo zrozumiesz, że nie pozostaje Ci nic innego.

    OdpowiedzUsuń